Kalwaria Pacławska
Pierwszy wyjazd






I znów tego roku, jestem w Kalwarii. ( 9.08.2009 ). Tym razem jednak, nie jest to Kalwaria Zebrzydowska, którą ostatnio odwiedzałem, lecz jest to Kalwaria Pacławska, którą to obiecywałem odwiedzić jeszcze w tym roku. Kalwaria Pacławska znajduje się 22 kilometry. od Przemyśla. A pojechałem tam, bo usilnie do tego byłem namawiany. Przygotowując się do wyjazdu, odwiedziłem oficjalną stronę, no i pamiętam, kiedy byłem tam króciutką chwilę przejazdem, przy okazji pobytu w Przemyślu. Wtedy widziałem tylko to, co znajdowało sie z okolicy klasztoru. Najbardziej zależało mi na spacerku tamtejszymi drużkami. Bo właśnie o to tu najbardziej chodzi. Chodząc od stacji do stacji, można podziwiać przyrodę, można spotkać ludzi, można zastanowić się nie tylko nad światem, ale przede wszystkim nad sobą. Wiem, wiem. Zaczynam nudzić i filozofować. Ja właśnie lubię chodzić po takich i podobnych miejscach. No i tu, już na wstępie, otwarcie powiem, że Kalwaria Pacławska naprawdę mnie zaskoczyła. Po pierwsze. Nie jest taka "cukierkowa". Tu są naprawdę "dzikie" tereny, w niewielkim stopniu naruszone przez człowieka. Po drugie. Całość drużek to naprawdę kilka kilometrów spaceru, raz w górę, raz w dół. Czasami po sporych stromiznach. Po trzecie. Spokój. Okropnie tu cicho i spokojnie. Chociaż taki spokój może być złudny. Np. spory odcinek drogi w jednym z miejsc, zryty przez dziki. Po czwarte. Nigdzie w pobliżu kapliczek nie znajdziesz domów i straganów. Jak już pójdziesz w drogę, jesteś zdany na siebie i ewentualnie na towarzyszy. Ogólnie powiem tak. Wspaniała wyprawa. Wprawdzie trafiłem na okres przygotowań do Wielkiego Odpustu Kalwaryjskiego, więc można by się spodziewać ogromnych tłumów. Lecz nic z tego. Ludzi było jak na lekarstwo. A przecież do tego mamy dzisiaj niedzielę i ładną pogodę. Czegóż można chcieć więcej. Myślę, że położenie Kalwarii, tuż przy granicy z Ukrainą, stosunkowo trudny dojazd sprawiło, że mamona jeszcze nie zdążyła zepsuć tego miejsca. I oby tak zostało. Może jednak zacznijmy, bo zebrałem tu rekordową ilość zdjęć. A jest ich 99. Dlaczego tak dużo, wyjaśni się nam w trakcie. Zapraszam serdecznie
Do Kalwarii Pacławskiej zajechałem wcześnie rano. Oczywiście jak to gapa, zapomniałem zabrać ze sobą mapy, zakupionej poprzednim razem. Kupiłem jednak nową, a przy okazji, dowiedziałem się nieco szczegółów na temat dróżek. Postanowiłem wtedy, że ta wycieczka, będzie jak gdyby, wypadem rozpoznawczym co i jak. Mając też pasażera, nie miałem potrzeby gdziekolwiek się spieszyć. Poranny chłód przechodził do historii, a słoneczko, rozpoczynało dostarczać ziemi swój ogień, więc to jest najlepszy czas na wyruszenie w drogę. Jeszcze może małe wyjaśnienie. W Kalwarii Zebrzydowskiej, wytyczonych drużek mamy dwie. Tutaj jest ich cztery. Najdłuższa i najbardziej pokręcona, to Dróżka Pana Jezusa. Druga pod względem długości, to Drużka Matki Bożej Bolesnej. Najdalej położony obiekt, który odwiedziłem tym razem, znajduje się prawie 2,5 kilometra w linii prostej od kościoła i klasztoru. Do tego, trzeba by dodać kilometr drogi dodatkowo, gdyby komuś nie chciało się umoczyć nóg. O tym nieco później. Ja poszedłem tak, aby zobaczyć wszystkie obiekty Kalwarii, bez wyróżniania którą idę. Zaczynamy więc naszą wędrówkę. Na początek idziemy asfaltową drogą. Właściwie to jest ścieżka, bo dwa samochody ledwie się mijają. Droga jest bardzo stroma i kręta.


Pierwszym napotkanym obiektem, jest Kaplica św. Michała. Widać, że mieszkańcy mający swoje domostwa obok, dbają o niego. W porównaniu do innych jest wyjątkowo zadbany.


Potem idziemy przez las, pół kilometra drogą asfaltową, żeby dotrzeć do dwóch obiektów położonych obok siebie. To zdjęcie, zrobiłem ze wzniesienia przy drodze.

Wreszcie opuszczamy powoli wygodną drogę asfaltową, poruszając się ścieżkami ziemno-błotnymi. Docieramy do pierwszego obiektu na dróżkach, którym jest pałac Kajfasza. W jego podziemiach, znajduje się studnia z wodą. Podobno ma cudowne właściwości. Niestety. Nie wiem dlaczego, ale nie mam zdjęcia tego obiektu z zewnątrz. I jest to co najmniej dziwne. Jeszcze tu się zatrzymam w drodze powrotnej. Nie mam zewnętrznego, za to mam zdjęcie wnętrza. Drugim obiektem, jest Kaplica zaparcia się Piotra.


A dosłownie kilka kroków dalej, idąc po ogromnym błocie, jakieś 100 metrów, jest Wieczernik.


I znowu, zaledwie około 200 metrów dalej, znajdujemy Domek Matki Bożej. Tu niestety, straciłem ponad pół godziny, na poszukiwanie dalszej drogi. Oj, gdzie ja nie byłem, żeby znaleźć właściwą drogę. Szkoda opowiadać. Mam nawet zdjęcia, lecz nie są kompletnie związane z tematem, to ich nie będzie.


Jak się okazało, mapa narysowana jest bardzo dziwnie. Narysowane na niej jest, że trzeba iść tuż obok tejże kaplicy. A w rzeczywistości okazuje się, że jednak trzeba się wrócić. Mniej więcej z miejsca gdzie było robione zdjęcie, trzeba pójść w lewo, w coś, co raczej ścieżki nie przypomina. Dopiero po około 20 metrach, można zauważyć znaki na drzewach. No i dochodzimy do dwóch drewnianych kapliczek, położonych niedaleko jednego z punktów widokowych. Pierwsza z kapliczek to Pożegnanie z Apostołami, druga to, Zaśnięcie Matki Bożej.


Nieco później okazało się, że w tym miejscu przeoczyłem jedną z kaplic, a mianowicie, U Annasza. Nie było już sensu wracać się. Tuż za plecami miałem piękny widok z miejsca, które jest punktem widokowym. Naprawdę piękne widoki. W dole jest miejscowość Nowosiułki Dydyńskie. Pan zaś na środkowym zdjęciu, powiedział, że jeżeli go nie będzie w tej relacji, to zamknie stronę. Nie miałem wyboru.


Po napatrzeniu się, stromym zejściem, dochodzimy do kolejnej Kapliczki. Ma strasznie długą nazwę. Ja powiem, Jezus przy zaśnięciu Marii. I wszystko jasne. Nie było możliwości zrobić lepszego zdjęcia. Głównie przez krzaki i drzewa. Po kilku chwilach, trzeba było zejść po bardzo stromym zboczu.


Po zejściu w dolinę rzeki Wiatr, zwanej też Cedron, możemy podczas wędrówki podziwiać ładne krajobrazy i np. obiekt zwany słup graniczny. Nie mam pojęcia, po co go tutaj postawiono. No, ale stoi. Za to my, idziemy dalej.


Wypada napisać coś o moście na "Cedronie". Właściwie to nie ma za bardzo co pisać, bo takowego nie ma. Znaczy się, nie ma w miejscu, gdzie powinno się przejść według wytyczonych tras. Ażeby przejść na drugą stronę rzeki, trzeba albo iść pół kilometra na most w Nowosiółkach Dydyńskich albo przejść przez rzekę wpław, jak to robią wielokrotnie pielgrzymi, albo iść na most w Huwnikach. Też około pół kilometra. Ja wybrałem opcję drugą. Nie chciało mi się robić, dodatkowy kilometr drogi. Niestety, zdjęć z przeprawy nie mam, bo byłem zajęty samą przeprawą. I żeby tego było mało, jak na ironię, wybrałem najgorszy odcinek na przejście. Cóż. Suma, summarum, dotarłem do kolejnej kapliczki, którą jest Krzyż na Cedronie. Przyznam, że ciekawy. Na drugim zdjęciu, widać miejsce przeprawy. Gdybym przeszedł tu, gdzie robię zdjęcie, byłbym mniej zmoczony.


Po przeprawieniu się na drugą stronę, udałem się do widocznej na pierwszym planie, Bramy Południowej. Nie wiem kto rysował mapy, ale mam nadzieję, że nie wprowadzał celowo zamieszania. Bo to, co jest na mapie, nie odpowiada kompletnie temu, co jest w rzeczywistości. Ta mapa powinna się nazywać poglądową. No cóż, mam, jaką mam. W każdym bądź razie, znowu pobłądziłem. Na znalezienie właściwej drogi, znowu straciłem sporo czasu. A trzeba było wyjść na drogę asfaltową i po przejściu 100 metrów, dobrze spoglądać w zarośla, gdzie była ledwie widoczna, bardzo zniszczona, tabliczka informująca o drodze. Na ostatnim zdjęciu, widać górę, z której to przyszedłem.


Po dość ciężkiej wspinaczce, dochodzimy do Kaplicy Pogrzebu Matki Bożej. Napisałem ciężkiej, bo ziemia była bardzo mokra, i śliska. No i jeszcze zryta przez dziki. Istne bajoro. Miejscami było bardzo stromo i ślisko. Nawet spotkałem turystów. Jednych z nielicznych.


Dalsza droga była lepsza. To znaczy, niebyła stroma. Wszystko inne pozostało. Może tylko śladów po dzikach jakby mniej. Ścieżka ta doprowadziła nas do dwóch kolejnych kapliczek, położonych prawie najdalej od klasztoru. Są to, Ogrójec i Pojmanie Pana Jezusa.


Znowu napisałem "prawie". Bo taka prawda. Jest jeszcze jedna kapliczka, Wniebowstąpienie, której pomimo usilnych poszukiwań drogi, nie udało mi się odnaleźć. Z map satelitarnych, znalezionych w internecie, określam jej położenie na około 1 kilometra, od miejsca gdzie stoję i robię poniższe zdjęcia. A są to widoki zrobione na polanie, znajdującej się tuż za kapliczkami. Pokazują kolejno, wzniesienie gdzie jest klasztor. Wiem, że nie widać. Na zbliżeniu za to już widać. I nie jestem pewien, ale widoczna miejscowość to są najpewniej Huwniki.


Teraz nie pozostaje nic innego, jak zejść w dół, by dotrzeć do Grobu Matki Bożej. Chciałem pokazać nie tylko budynek, ale też wnętrze. Lecz ze względu na przygotowania do uroczystości, mających się odbyć tydzień później, nie było to praktycznie możliwe. A to za sprawą samochodów i ludzi krzątających się dookoła. Za to, udało mi się zrobić kilka fotek wnętrza. Proszę. Ołtarz i sklepienie.


Na więcej nie było możliwości. Naprawdę, ludzi mrowie, no i samochodów. Kiedy już zrezygnowałem z okazji na uchwycenie ciekawej fotki i poszedłem w dalszą drogę jak na ironię, spora część samochodów odjechała. Wracać mi się nie chciało, więc z drogi zrobiłem kilka. Pierwsze zdjęcie to widok po wyjściu z kaplicy bocznym wyjściem.


I wrzeszczcie po drodze, trafiamy na obie bramy. Czyli bramę Wschodnią i Bramę Południową. Stoją w niewielkiej odległości od siebie, więc zrobiłem im wspólne zdjęcie. Zresztą, obie niewiele od siebie się różnią. To i sensu osobno robić nie było za bardzo.


Kiedy dotarłem nad brzeg rzeki, okazało się, że najlepszym przejściem przez nią, jest przeprawa właśnie w miejscu gdzie stoi Brama Wschodnia. Wprawdzie drugi brzeg nie wyglądał rewelacyjnie, to znaczy był stromy i urwisty, ale jak się już tam dostałem, okazał się stosunkowo prosty w pokonaniu. No dobrze nie będę zwodził. Zrobiono mi zdjęcia podczas tej przeprawy. Nie wymigam się. Muszę to pokazać. Jedyna okazja. Woda była zimna, a dno śliskie jak... Tego słowa nie użyję. Za to po przeprawie, gdy włożyłem buty. Jakie cieplutko było w butach! No nie do wiary.


Aby dotrzeć do kolejnego obiektu, trzeba przejść przez mocno zarośniętą ścieżkę. No i na tak zwanego czuja. Tu nie ma żadnego znaku, że idziemy dobrze. Jedynie co nieco podpowiadała mapa. Resztę znalazłem w wysokiej trawie, jako pozostałość po jakiejś ścieżce. Idąc tak sobie i oglądając się za siebie, zrobiłem kilka zdjęć.


Wreszcie ponownie wchodzimy do lasu. A właściwie to, do Rezerwatu Przyrody Kalwaria Pacławska, bo taką nazwę nosi rezerwat. Trzeba mu przyznać, że zasługuje na taką nazwę. Ogromne drzewa robią atmosferę. Jest stosunkowo ciemno i bardzo wilgotno. Co dziwne, nie ma komarów i innego "zgryźliwego zwierza". Idziemy więc i idziemy, trafiając na kolejną kapliczkę, Wniebowzięcie NMP. Widać, że na potrzeby nadchodzących uroczystości, ktoś nieco zadbał wygląd. No, ostatecznie jesteśmy na szlaku Drużek Matki Bożej Bolesnej, a za tydzień przechodzić tędy będą tłumy. Tak myślę. A nieopodal znajduje się kolejna kapliczka, Matka Boża po prawicy Syna. A jeszcze dalej znajdziemy kolejny słup graniczny. Po co one tu są? Nie mam pojęcia.


Od tego słupa granicznego, po niezbyt stromej wspinaczce, wychodzimy na polanę, gdzie na wprost widzimy Kaplicę Ukoronowania NMP. Na skraju lasu zaś, tuż po lewej stronie, znajduje się Kaplica Heroda. Na ostatnim zdjęciu, mój pasażer.


Pierwsze z poniższych zdjęć to kaplica Ukoronowania NMP. I powinno być ostatnim, w trakcie wędrówki po tym tutaj terenie. Bo właśnie za tą kaplicą, znajduje się droga prowadząca do klasztoru. Czyli, tędy będziemy wracali. Drugie zdjęcie, to kaplica św. Weroniki. Ta znowu, znajduje się na drodze do szeregu kaplic, położonych blisko siebie.


I tak od kaplicy św. Weroniki, idziemy łagodnym zboczem, do... Powiedziałbym, całego kompleksu kaplic. Podobnie zresztą wygląda to w Kalwarii Zebrzydowskiej.


Zanim odwiedzimy wszystkie, to na początek podchodzimy do pierwszej z nich. Czyli Kaplicy Szymona Cyrenejczyka.


Następnie przechodzimy obok kaplic, Spotkania Jezusa z Matką Bolesną, Pierwszego Upadku i Włożenia Krzyża.


Następnie przechodzimy do dwóch nierozłącznych elementów. Czyli schodów pokutnych, zwanych Gradusy. Oraz Pałacu Piłata. Mnie się wydaje, że są jakieś takie... Małe. Jednak to jest moje zdanie. Dziwnym jest też, że wszystkie napotkane do tej pory kaplice, były otwarte. Ta była zamknięta. I na koniec, wnętrze Pałacu Piłata.


Ostatnim elementem do pokazania w tym "kompleksie", jest drewniana kaplica o nazwie U Prokli. A dla niewtajemniczonych. Prokla to żona Piłata. Tu mamy samą kaplicę, jak i wnętrze.


Tak oto zwiedziliśmy większą część drużek. Pozostało jeszcze wejść, naprawdę stromym podejściem, na wzniesienie gdzie stoi sam klasztor. Mniej więcej w połowie tej stromizny, znajduje się kaplica Trzy Maryje.


Kiedy kończy się nasza męczarnia na stromym podejściu, zaczęło mocno świecić słońce. A to dlatego, że wreszcie wychodzimy z lasu. I od razu możemy podziwiać przepiękne tereny wokół rezerwatu, no i dostrzegamy kolejne obiekty do zwiedzenia.


Pierwszą odwiedzaną kapliczką na naszej drodze, jest Kaplica Trzeciego Upadku. Oczywiście nadal podziwiając to, co natura nam przygotowała. Ja byłem zachwycony.


Następnie udałem się do Kaplicy Obnażenia, która stoi tuż przy drodze prowadzącej do klasztoru. No i nie mogłem się powstrzymać, by nie pokazać widoków rozpościerających się tuż za tą kaplicą.



Przechodząc kilka kroków dalej, dojdziemy do Kaplicy Ukrzyżowania.


Znowu kilka kroków dalej, mamy Kaplicę Zdjęcia z Krzyża.


A tuż za nią, znajduje się Kaplica Grobu Pana Jezusa.


W tym skupisku kapliczek, ostatnim elementem jest Krzyż.


W tym miejscu, nieco na uboczu, stoją jeszcze dwie kapliczki. Matki Bożej Królowej Aniołów oraz Marii Królowej Wszystkich Świętych. I tam też się udałem.


I w ten sposób, doszliśmy prawie do końca wycieczki. Ostatnią kapliczką na tej drodze, jest kapliczka Wyniesienia Marii na najwyższą godność po Bogu. A za kapliczką rozciąga się piękny widok na okolicę. Nie mogłem się powstrzymać, by tego nie pokazać


Teraz pozostaje iść utwardzoną drogą, w kierunku kościoła i klasztoru. To już koniec dalekiego wędrowania. Poniżej mamy obraz bramy wejściowej, widocznej z drogi dojazdowej. Cała dotychczasowa wędrówka, rozpoczęła się właśnie od tego miejsca.


Tak to właściwie można by zakończyć opis całej wycieczki, gdyby nie to, że zostały nam do zobaczenia jeszcze cztery obiekty. Zostawiłem je na koniec, tylko ze względu na ich położenie. Są w pobliżu samego klasztoru. Jest to kaplica św. Rafała z jego wnętrzem i kaplica św. Gabriela.


Zanim wyruszę w dalszą drogę, by pokazać ostatnie obiekty, udałem się na platformę widokową. Jest nią wieża drewniana o nieznanej mi wysokości. Tak na oko to ze cztery piętra będzie miała. Widoki z niej były, piękne. Długo tu stałem. Wiatr kołysał całą konstrukcją, więc spora ilość ludzi nie wychodziła na samą górę. Naprawdę piękne widoki.


Tak sobie to oglądam i nadal przeżywam. Nie ma na co czekać. Trzeba udać się do kolejnego obiektu, stojącego całkowicie na uboczu. Dostać się nie jest prosto, bo trzeba najpierw zejść bardzo stromym zejściem w dół, by znowu bardzo stromym podejściem dotrzeć do Pustelni św. Marii Magdaleny. Na drugim zdjęciu podejście podczas drogi powrotnej.


Po powrocie poszedłem zwiedzić sam kościół bardziej szczegółowo. Niestety, ale w złym oświetleniu mój aparat źle sobie radzi ze zdjęciami. A lampa znajdująca się w nim, nie daje dobrych efektów, przy odległościach większych niż 4 metry. Dlatego większość fotek, nie nadaje się do pokazania. Jedynie ołtarz z obrazem, wyszedł jako tako. Chociaż ciemny.


Po zwiedzeniu kościoła i wyjściu boczną nawą na zewnątrz, przypadkiem trafiłem na budynek, stojący w obrębie murów kościoła. Pospiesznie wyjąłem mapę i dowiedziałem się, że to faktycznie jest ostatnia kaplica. Kaplica św. Anny.


I to właściwie wszystko. Wypadałoby powiedzieć kilka słów na zakończenie. Uważam, że jak na pierwsze zwiedzanie, poszło to całkiem sprawnie. Nie spodziewałem się jednak, że przejście całości potrwa cały dzień. Trochę popsuła całe zwiedzanie Źle zrobiona mapa. Teraz jednak, gdy tam przyjadę, może w przyszłym roku, już się lepiej przygotuję, robiąc to ze spokojem i powolutku. Na pewno trzeba przyjechać wcześniej. Na pewno przygotuję sobie trasę wcześniej, żeby nie było to wszystko takie chaotyczne. A swoją drogą, polecam to miejsce, zanim komuś przyjdzie do głowy, "upiększanie" tego wspaniałego "dzikiego" miejsca. Proszę też o wybaczenie, że cały opis jest nieco chaotyczny. Próbowałem to wprawdzie jakoś ogarnąć, ale jakoś nie bardzo mi to szło. Troszeczkę z mojej winy, bo tempo zwiedzania było duże, brak rozeznania w terenie, mało zdjęć, nieco nerwowości, bo czas leciał bardzo szybko. Właściwie to chyba za bardzo skupiłem się na otoczeniu niż samych obiektach. I tak to wyszło, jak wyszło. Na koniec, idąc w kierunku parkingu zrobiłem to ostatnie zdjęcie.


Obiecywałem na początku, że pokażę jeszcze jeden obiekt. Już tu byliśmy . To Pałac Kajfasza. Jak wspominałem w jego podziemiu jest studnia. Trzeba się było zatrzymać, aby nabrać nieco wody i zabrać do domu. Oczywiście napisać też muszę, że woda była bardzo mokra i zimna. W domu butelkę wypiłem na drugi dzień.


Tym razem już naprawdę koniec. Pozdrawiam wszystkich i zapraszam do Kalwarii Pacławskiej.








Wasz SSP.







.