Kalwaria Zebrzydowska






Właściwie to sam nie wiem, jak by tu zacząć tę relację. No bo dlaczego Kalwaria? Dlaczego właśnie to miejsce? Sam nie wiem. Może z sentymentu. Może zwyczajnie. Chciałem właśnie tam pojechać. Jakby nie spojrzeć, od mojej ostatniej tu bytności, minęło około 10 lat. Dokładnie nie pamiętam. Doskonale za to pamiętam jak starałem się na pamiątkę robić zdjęcia tego miejsca jakimś "pstrykaczem", marki KODAK, który się po tym wszystkim zepsuł się na dobre. A pamiętam też to jakby dziś, gdy z niepokojem patrzyłem na licznik, uciekających klatek filmu. Ech, cóż to za dziwne czasy wtedy były. Dziś mam jakiegoś "pstrykacza", ale cyfrowego, który to robi zdecydowanie lepsze zdjęcia. No i nie muszę się zastanawiać nad ich ilością. Bo niewątpliwie są na ziemi takie miejsca, gdzie z miłą chęcią powracamy i powracać będziemy. Kalwaria to jedno z takich miejsc. Przynajmniej dla mnie.
Ale od początku. Ot, taki pomysł, aby tam pojechać. Z poprzedniego wyjazdu, a był to mój pierwszy wyjazd do tego miejsca, zapamiętałem to, że aby wszystko, no prawie wszystko zobaczyć, nie spiesząc się zbytnio, potrzeba ogromnych ilości czasu. Pamiętam też, że wiele z tego, co mogłem zobaczyć, nie widziałem, bo skupiłem się na pilnowaniu aparatu i wolnej ilości klatek na kliszy niż zobaczeniu tego, co ma do pokazania Kalwaria Zebrzydowska. No może nie cała Kalwaria, bo sama miejscowość też w ostatnich latach przeszła ogromne przeobrażenie, jak wszystkie miasta i wsie. A ja tutaj mówiąc o Kalwarii, mam na myśli klasztor OO. Bernardynów. A właściwie nie sam klasztor, ale to co zostało zbudowane przez fundatora z XVII w. Mikołaja Zebrzydowskiego i jego następców. Oczywiście, mowa o rozsianych po okolicy kapliczkach, nawiązujących do układu drogi Krzyżowej Jezusa, oraz tego, co było udziałem Matki Jezusa, Maryi. Nie mam zamiaru mówić o historii ani czym jest Sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej, bo dowiedzieć się tego można dokładnie, chociażby ze strony oficjalnej, Sanktuarium Kalwaryjskiego. Opisać tu pragnę moją przygodę, którą wtedy przeżyłem. Co zaznaczam z naciskiem. Jest to raczej jak gdyby, sprawozdanie z odbytej wycieczki. I niech to tak zostanie odebrane. Każdy, kto wytrwa do końca, będzie wytrwałym "oglądaczem". Bo umieściłem tu, aż około 80 zdjęć. Zatem zacznijmy.
Otóż, zanim tam pojechałem, powiedziano mi, że nie będę zadowolony. I rzeczywiście tak było, ale nie do końca. Faktem jest, że lubię dzikie, "pierwotne" tereny. Tam zmiany idą na całego, akurat w przeciwną stronę. Co zaczyna zalatywać komercją i mamoną. Czyli, zasiedlanie terenów tuż przy dróżkach i namolne sprzedawanie wszystkiego, co się da. Zresztą uważam, że podobnie stało się z Licheniem. Kiedyś surowy, naturalny. A dzisiaj, cukierkowy i przesłodzony. Pomny na te słowa oraz doświadczenia poprzedniej podróży, pojechałem wczesnym rankiem i zjawiłem się w Kalwarii około 8.00. Pierwsze wrażenie było raczej pozytywne. Pięknie wyremontowany plac główny, piękne parkingi, schody, balustrady. Jakoś dało się to przeżyć. Na początek oczywiście należało się przywitać z Gospodynią, więc udałem się do bazyliki. Pochodziłem prawie godzinę po bazylice, zaglądając do różnych zakamarków stojących otworem, by przywyknąć do lekkiego chłodu, który panował rankiem. Gdy byłem tam 10 lat temu, to mniej więcej w miejscu gdzie stoję i robię pierwsze zdjęcie, widok był zgoła odmienny. Można było wjechać na sam plac bez problemu. Dziś się nie da tam dojechać, bo wszystko zagrodzone i stoją po bokach ławeczki. Proszę zobaczyć.


Krzątając się po budynku, natrafiłem na podest, na którym odbywają się przeważnie uroczystości "pod chmurką". Jest to też punkt powrotu z dróżek Pana Jezusa oraz start na dróżki Matki Bożej. Trafię tu jeszcze 2 razy, gdy przejdę tymi dróżkami. Poniżej mamy widok na dróżkę M. Bożej.


Po zaopatrzeniu się w stosowną mapę oraz zwiedzeniu samego sanktuarium, także po zrobieniu kilku fotek tu i tam, ruszyłem na dróżki, by zobaczyć to, co jest do zobaczenia i zobaczyć to, co zmieniło się, od mojej ostatniej bytności w tym miejscu.


Na pierwszy "ogień" idzie... Parking, z zaparkowanym "Fiatolotem". Dzielnie walczył z przeciwnościami na drodze, więc mu się należy. ;)


Napatrzywszy się, ruszamy na dróżki Pana Jezusa. Jako że tak było poprzednim razem, to nie ma co zmieniać planów. Słoneczko zaczynało przygrzewać milusio, a mgła opadać, temperatura w sam raz na wędrówkę. No to w drogę wędrowcy. A w zasadzie wędrowcze. Chyba? No i będę opisywał wszystko, co widziałem, łącznie z budynkami. Jeśli ktoś zna, to niech sobie pomyśli, że jest tam właśnie, tego pięknego dnia. ( 7.08.2007 ) Dodam, że najwięcej zawodu sprawiło mi to, że większość kapliczek, była pozamykana. Poprzednio, gdy tu byłem, większość otwarta. Przez co nie mogę pokazać tego, co chciałbym. A szkoda, bo jest co. Pierwszą kapliczką, jest kaplica św. Rafała. Oto ona.


Po czym idziemy długo pięknymi alejkami. Za to nasze oczęta, łaskotane są przepysznymi widokami, szczególnie tymi po prawej stronie. Przyznam szczerze, że troszeczku szkoda tego widoku. Niestety, choćby najwspanialszy aparat, nie odda tego, co było widać własnymi oczami. A niech to!
Pierwsza fotka to jeszcze jeden widok na plac główny. Następna, to alejka asfaltowa, ale nie dla ułatwienia poruszania się, lecz dojazd do prywatnej posesji, wyglądem przypominającej pałac. Nie pokażę, bo jeszcze by mnie ktoś oskarżył o naruszenie prywatności. Niestety, ale dożyłem takich czasów. Potem piękne widoki. Na czwartej, widać drut kolczasty "odgradzający" prywatność. Pewnie ktoś uważny zapyta; "Dlaczego pokazujesz takie miejsca". Ano dlatego, że jest tu cicho i spokojnie. Ja za to, mieszkam na skrzyżowaniu dwóch bardzo ruchliwych ulic. I mam dość już hałasu oraz szumu, który mnie otacza. Tam gdzie bywam, jest cisza wywołująca w mych zmęczonych uszach okropny gwizd. Dlatego wolę posłuchać świergolenia ptaków lub serenady cykad w trawie niż najwspanialszych koncertów "współczesnych syntezatorów dźwięków". A tu akurat, gdzie robiłem te zdjęcia, miałem tylko piękne widoki i odgłosy natury. Czego nie doświadczyłem przez ostatnie co najmniej 4 lata.


Jak każda droga, tak i ta prowadzi do jakiegoś celu. I pierwszym napotkanym obiektem, stała się kapliczka św. Jana Nepomucena. Ze wstydem powiem tylko... nie znam tego świętego. To zapewne czas na poczytanie innej lektury, niż czytanie jakiś głupawych portali internetowych?
(Jan Nepomucen: dodane 1.03.2008).


Zaledwie dziesięć kroków dalej, napotykamy się na kolejny obiekt. Jest to Most Anielski. Pod którym to przepływa rzeka, a raczej strumyk, o takiej samej nazwie jak w Jerozolimie. Czyli Cedron. Bardzo miłym zaskoczeniem, była czysta woda oraz pływające ryby. Jak pamiętam, poprzednim razem, tak nie było.


Po chwili udałem się w dalszą drogę i trafiłem na Kapliczkę Pożegnania. Jak już mówiłem, większość obiektów była pozamykana. Próbowałem też robić zdjęcia wnętrz kapliczek, ale wiele z nich nie wyszło zbyt dobrze. Dlatego prezentuję budynki z zewnątrz w większości z zewnątrz. To wnętrze wyjątkowo mi się udało, więc można zobaczyć.


Wszystkie budynki, oczywiście obszedłem dookoła, a nawet wchodziłem na ambonę, próbując wygłosić, jakieś stosownie do miejsca, w którym byłem, kazanie. Tak, tak. Oczywiście zachowując stosowną powagę. Dotychczasowa droga, nie była jakimś szczególnym wyzwaniem, jeśli chodzi o kondycję fizyczną. Od tego miejsca, zaczyna się to zmieniać. Bo tą drogą, zmierzam do Kościoła Grobu Matki Bożej. A potem będzie tylko pod górę.


Na kolejnych fotkach widzimy, front kościoła, wejście, ołtarz i organy. Bo o dziwo, schody na piętro, nie były zamknięte, no to sobie zwiedziłem. Ostatnie zdjęcie to tył kościoła i droga, prowadząca do miejscowości Koło Grobku, w którym występują dwie blisko siebie położone kapliczki.


Wzniesienie to nosi nazwę, Ogrojec, z kaplicą Ogrójec.


A nieco niżej, znajduje się kapliczka Pojmania. I tu zatrzymałem się na dłużej. Dlaczego? Ech... Niech tak zostanie.


W tym miejscu, nieco zszedłem ze szlaku. Powodem tego jest to, że obok dróżek, są inne obiekty, tzw. towarzyszące. Jest ich raptem 6. Dwa z nich już były, tj. Kaplica św. Nepomucena i most Anielski. Teraz jednak, bardzo stromym podejściem, udajemy się do miejscowości, a właściwie to wioski, Koło Wniebowstąpienia, gdzie na szycie góry jest, Góra Oliwna. Wiem, że to troszeczku zakręcone, ale tak jest. Tam z kolei jest kościół Wniebowstąpienia. A usiadłszy na ławeczce obok kościoła, podziwiałem przepiękne góry, lasy... i nowo budowane domy. Ech...


A po powrocie na poprzednią trasę, po prawej stronie, mogłem ocenić mniej więcej, jak daleko zaszedłem, bo widać było wyraźnie bazylikę w Kalwarii.


Zresztą naprawdę pięknie to wyglądało z tej perspektywy. Chociaż to nie najdalsze jeszcze "odejście", to jednak zbliżam się do kolejnego obiektu na tej dróżce, czyli do... po prostu mostu na Cedronie. Będąc tutaj poprzednio, zrobiłem też fotkę, A porównanie jest tutaj. Jedyną zmianą jaką zauważyłem, to kilka nowych domów, gdzie mieszkańcy, "pomagają" jak mogą, oferując kawę, herbatę, napoje z lodówki.


Oddaliwszy się od mostu, trafiamy na Bramę Wschodnią, która jest jednym z kilku wspólnych elementów obu dróżek. Akurat, wtedy gdy tam byłem, trwały prace porządkowe, polegające na wycięciu pięknych i zdrowych drzew. Ręce opadają. Oczywiście brama pełni funkcję kaplicy, więc i wnętrze jest stosownie urządzone. Co widać poniżej.


No cóż. Czas w drogę. Cały czas pod górę. A udajemy się do kolejnego obiektu towarzyszącego, który to zapamiętałem doskonale, a który często powracał w moich myślach. To Betsaida. Pamiętam, kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem, była w strasznie opłakanym stanie. Powybijane szyby, zniszczone ściany, ogromne ilości śmieci w studni. Po prostu ze wszystkich obiektów, Betsaida wyglądała najgorzej. Tutaj niewielkie porównanie. A teraz ? Pięknie odnowiona i zadbana. Wstawiono też kraty i nie można wejść do środka. No cóż, wolę jednak, ażeby była zakratowana niż zdewastowana. I tu też chwilkę pobyłem.


Odpoczynek był potrzebny, gdyż chodzenia jeszcze będzie sporo. Tak więc wyruszamy w drogę, trafiając na dom Annasza, a potem na dom Kajfasza. Czyli jak to się mówi; "Gonić od Annasza do Kajfasza". I to prawda. Bo zboczyłem z trasy. Czyli, pomyliłem się, czytając mapę i musiałem szukać właściwej drogi. Inaczej mówiąc, zbłądziłem.

 

W podziemiach domu Kajfasza, jest scena z biczowania Jezusa.


Wioska, w której jesteśmy to Bugaj, a góra, na której stoją domy, to Góra Syjon. My ruszamy dalej, na Górę Moriah. Do budynku nazwanego Ratusz Piłata.
Tu na zdjęciach widać ratusz, razem z obiektem nazwanym święte Schody - Gradusy. Według mapy, jak i Ewangelii, Jezusa poprowadzono do Piłata. Ten odesłał go, do pałacu Heroda. A Herod ponownie do Piłata. Toteż i my odbędziemy tę samą drogę. Oczywiście, nie ma sensu pokazywać tych samych obiektów, więc pokazuję je raz, teraz. Schody natomiast, są symbolem czegoś... Hm... Nawet przewodnik niczego nie proponuje, no to i ja zachowam w tej sprawie milczenie. A jak to dawniej wyglądało, można popatrzeć tutaj.


Z tego miejsca, musimy udać się ładny kawałek drogi, do pałacu Heroda.


Teraz wracamy i po świętych Schodach, w których to znajdują się podobno relikwie przywiezione z Jerozolimy, udajemy się do Pałacu Piłata.


Z Ratusza Piłata, udajemy się do Kaplicy Włożenia Krzyża. Niestety nie mam fotki budynku z zewnątrz. Nie wiedzieć czemu, nie zrobiłem. Bardzo dziwne. Za to zrobiłem z balkonu Piłata i wewnątrz. Powiem tylko tyle,że wnętrze jest bardzo zniszczone i niewiele się tu zmieniło od ostatniej mojej wizyty.


Tutaj wszystkie obiekty znajdują się obok siebie i nie trzeba się dużo nachodzić. Więc odwiedzamy kolejno, Kaplicę Pierwszego Upadku, Kaplicę Serca Maryi i Kaplicę Cyreneusza.


A już niedługo, zakończymy naszą wędrówkę. Zanim to jednak nastąpi, chwila zadumy przy Kaplicy św. Weroniki.


Następnym obiektem, jest Kaplica Drugiego Upadku. Zastanawiam się, dlaczego wyszedł taki krzywy?


Idąc dalej niewielkim zboczem, docieramy do Kaplicy Płaczących Niewiast.


Spędziwszy nieco czasu tutaj, z powodu dwóch pielgrzymek, przy których nie szło w żaden sposób robić zdjęć, nabierałem sił przed mającą mnie czekać wspinaczką, na bardzo strome wzniesienie, na którym stoi Kościół Trzeciego Upadku.


Wprawdzie podejście nie jest jakieś zbyt długie, ale bardzo strome. Nieźle się zmachałem. Za to mam małą satysfakcję, bo młodsi "padali" po drodze, więc nie jestem jeszcze takim strasznym dziadkiem. Z tego miejsca, jest kolejne podejście. Już nie takie strome, ale jest. A trafiamy do Kaplicy Obnażenia.


I znowu zboczyłem z trasy, aby zobaczyć obiekt towarzyszący, czyli Pustelnię św. Heleny z Kaplicą Znalezienia Krzyża. Jak widać, pustelnia jest czynna i faktycznie ktoś w niej mieszka.


A po powrocie na dróżkę kolejno mamy Kościół Ukrzyżowania.


Kaplicę Namaszczenia.


I Kaplicę Grobu Pana Jezusa.


Zanim zakończyłem wędrówkę dróżkami Pana Jezusa, postanowiłem odnaleźć pustelnię św. Magdaleny. Poprzednio nie udało mi się tego zrobić, to dlaczego nie zrobić to dzisiaj. Odnalazłem drogę i dotarłem. Nie spodziewałem się tego, co zobaczę. Czy trzeba coś mówić, patrząc na te obrazy? Szkoda.


I to prawie wszystko. Musimy jeszcze tylko zejść dość stromym zejściem, aby trafić na miejsce, skąd wyruszymy na kolejną wyprawę. O tym jednak za chwilę, bo musimy zebrać nieco sił, a nogi zaczęły boleć.


Właściwie to już miałem zrezygnować z dalszej wędrówki, bo od godziny słychać było nadchodzącą burzę. Większość turystów wyjechała w pośpiechu, to co miałem niby robić. Po odczekaniu około pół godziny w pobliskiej kafejce, doszedłem do wniosku, że trzeba być twardym, a nie "miętkim". Więc postanowiłem zaryzykować i przejść dróżkę Matki Bożej. Parasola nie miałem, płaszcza przeciwdeszczowego też nie, ale za to chęci ogromne. No to wyruszyłem. Oczywiście obiekty które są wspólne, a które były już pokazywane, to nie będę wstawiał ponownie, bo nie ma sensu. Pokażę tylko te, których do tej pory nie było.
Zaczynamy od małego postoju na murku, przy drodze "na tyłach" bazyliki. Widać tu wyraźnie podest, na którym stałem, zaczynając poprzednią wędrówkę.


Zaraz po lewej, jest Kaplica Matki Bożej Bolesnej, a właściwie zewnętrzne mury tejże kaplicy.


A odwróciwszy się, by rozpocząć wędrówkę stromym podejściem, widzimy wotum wdzięczności Anny i Katarzyny, z 1890 roku.


Następnie zatrzymujemy się na chwilkę, przy elementach wspólnych obu dróżek. Takich jak już przedstawione. A więc po kolei, Kaplica Grobu Pana Jezusa, Kościół Ukrzyżowania, Kaplica Obnażenia, Kościół Trzeciego Upadku, Kaplica Drugiego Upadku, Kaplica Serca Maryi, by dotrzeć do Kaplicy Omdlenia Matki Bożej.


A po chwilowym wytchnieniu i zadumie, docieramy do Wieczernika, oraz Domku Matki Bożej, który jest najdalej na południe wysuniętym elementem dróżek. A burza, która od jakiegoś czasu mnie straszyła, jakby się schowała i czekała na dalsze wydarzenia.


Pooglądawszy to, co było do oglądnięcia, ruszyłem w dalszą drogę, szeroką i skoszoną, z ogromną gamą zapachów świeżo skoszonej trawy, do kolejnego obiektu na tej dróżce, czyli Kaplicy Aniołów.


Tuż za Kaplicą Aniołów znajduje się Kaplica Uwielbienia Duszy Maryi.


Aby po kilkuminutowej wędrówce, trafić na Kaplicę Zgromadzenia Apostołów, za którą to, jest boisko piłkarskie.


Niedaleko od tej kaplicy, ponownie przechodzimy obok wzgórza, na którym znajduje się Betsaida, oraz musimy przejść przez Bramę Wschodnią. A tę jak najbardziej pokażę, gdyż z tej strony, jeszcze jej nie widzieliśmy.


Po czym przez most na Cedronie, udajemy się drogą asfaltową, do Kaplicy Żydowin. Kaplica wybudowana w 1887 roku... By się więcej dowiedzieć na jej temat, zapraszam na oficjalną stronę.


W dalszej wędrówce ponownie trafiamy na Kościół Grobu Matki Bożej, Kaplicę Pożegnania, przechodzimy przez Most Anielski i mijamy kaplicę św. Jana Nepomucena, by trafić na Kaplicę Apostołów Triumfujących i napawać się przepięknym widokiem gór i dolin. Ech... A kończąc spacer, ostatnim podejściem zbliżam się do końca.


Jednak pierwszą czynnością przed końcem wędrówki, będzie odwiedzenie Kaplicy Weselących się Patriarchów, oczywiście nieustanne podziwianie widoków, a także odwiedzenie przedostatniego obiektu na trasie, czyli Kaplicy Umieszczenia Tronu, która znajduje się już na drodze głównej, prowadzącej do bazyliki.


A po przejściu kilkudziesięciu metrów, wchodzimy na plac przed bazyliką. Bo ostatnią stacją drużek Matki Bożej, jest właśnie sama Bazylika. I tam właśnie zakończyłem bardzo pracowity dzień.


Właściwie to koniec tej wędrówki. Chociaż nie do końca. Wprawdzie zmęczony byłem dość mocno, bo było bardzo ciepło i strasznie parno, a pogoda straszyła na każdym kroku, to na koniec po wyjściu z bazyliki, już na schodach, natura podarowała mi przepiękne widoki. I znowu niestety, nie wyszły zdjęcia tak, jak to wyglądało w naturze. A szkoda.


Nigdy chyba tak nie jest, żeby człowiek był zadowolony. Tak jak ja w tym przypadku. Zdjęć "napstrykałem" bardzo dużo, a wybrać musiałem tylko kilka. No, ale jakoś wypada zakończyć tę bardzo długą prezentację. Ogólnie rzecz ujmując, powiem tak. Jestem zadowolony, że dokonałem takiego wyboru. Jan Paweł II miał rację, gdy mówił, "tu człowiek odnajduje się na nowo". Nie wiem czy to dokładnie tak powiedział, ale sens jest taki właśnie. Niektóre rzeczy "zgrzytają", ale większość jest taka jak trzeba. Mam nadzieję, że Kalwaria nie stanie się "maszynką do robienia pieniędzy" ani "cukierkowym" miejscem. A mówiąc w skrócie. Kto nie był nigdy w Kalwarii, niech jedzie szybko. Zresztą to tylko 130 km od Tarnowa. A kto był, też niech jedzie. Bo nie ma to jak spacer w otoczeniu pięknych widoków. Zapewne, gdybym przyjechał w inny dzień, to i wędrówka byłaby zgoła inna. Inne światło słońca, inny wiatr, inna pogoda. Ta akurat, która była, bardzo mile mnie zaskoczyła. A może tak miało być? ...


Do zobaczenia niebawem. Na dróżkach Kalwaryjskich, oczywiście.




Pozdrawiam serdecznie. Wasz sprawozdawca.



.